|
„Dzika energia to jedyne prawdziwe paliwo dla ludzi”. Wielkie Miasto w bliżej nieokreślonej przyszłości. Pełne dwustupiętrowych wysokościowców ze słonecznymi bateriami na dachach. Najwyższe budynki są zamieszkane tylko do 80. piętra. Wyżej wspinają się już tylko samobójcy. Tak przynajmniej głosi legenda…
Godzina energii, tuż po północy. Każdy obywatel z niepokojem czeka na dwunaste uderzenie zegara. Otrzyma codzienny pakiet energii? Przeżyje kolejny dzień? A jeżeli nie? Jeżeli niezbyt wydajnie pracował? Złamał prawo? Naraził się energokontrolerom czy policji… Opaska z dziesiątkami igiełek zaciska się na ramieniu. Przez ciało przepływa życiodajna moc. Wszystko w porządku! Żyjemy. I przeżyjemy do następnej godziny energii. Trzeba cieszyć się i świętować: po północy świeżo naenergetyzowani ludzie wiwatują i tańczą na ulicach. Ci zaś, co nie otrzymali pakietu, umierają – z braku motywacji do życia.
Tak wygląda codzienność sintetów – muszących doładowywać się energią, by przetrwać do następnego dnia. Energia czerpana jest z tajemniczego Zakładu – raju, gdzie mocy zawsze jest pod dostatkiem, a ludzie są absolutnie szczęśliwi. Prawda o sposobie pozyskiwania energii okazuje się jednak przerażająca…
„Dzika energia” to powieść-rytm. Rytm życia: narodzin, dojrzewania, i śmierci, to rytm przemian i natury. Pisarski duet Diaczenków napisał ją prostym, także rytmicznym językiem. Oszczędnym, prawie ogołoconym z metafor. Niewiele tu retrospekcji. A jednak powieść czyta się „sama”; dajemy się ponieść rytmowi powieściowej narracji. „Wszyscy jesteśmy władcami i więźniami rytmu. Ranek, wieczór. Sen, jawa. Wdech, wydech. Serce to narzędzie do wytwarzania rytmu. Nasz mózg poddaje się rytmowi i sam go jednocześnie tworzy”. To rytm umysłu i serca – energia płynąca z wnętrza, pozwalająca autentycznie żyć, bez syntetycznych wspomagaczy. „Do tego, aby żyć, trzeba nieustannie dokładać starań. Aby umrzeć, wystarczy zamknąć oczy i poddać się”.
Media wokół trąbią o kryzysie energetycznym: co będzie jak zabraknie paliw kopalnych? Energia ze źródeł odnawialnych, np. z wiatru czy siły przepływu wody, jest niewystarczająca. A co z „żywą”, ludzką energią? Istniejemy w coraz bardziej syntetycznym świecie. Komunikujemy się on-line. Komercyjne radio faszeruje nas syntetyczną papką, gdzie głos piosenkarzy jest przerabiany komputerowo, gdyż ludzie ci nie potrafią śpiewać. Są produktem, nie czerpią z wewnętrznej „dzikiej energii”. A śpiew i taniec są przecież energetyczną kwintesencją. Karmimy się sztucznymi przyjemnościami, generowanymi przez sztucznie wytwarzane potrzeby; jemy żywność z masą sztucznych dodatków…
Kiedy nie ma się celu w życiu, staje się sintetem – potrzebującym coraz to nowych dawek „przyjemności”, by zachować motywację. Na szczęście niektórzy szukają energii w sobie, by cieszyć się życiem. Trendy powoli się odwracają, czego dowodem jest np. „Avatar” Camerona. Cywilizacja obcych, żyjąca w harmonii z naturą, czerpiąca radość z bycia w energetyczno-mentalnym połączeniu z innymi stworzeniami. Jakże to piękny, warty 400 milionów $, cyfrowy świat.
Iza Korsaj
|