Pierwsze spotkanie z książkami Katarzyny Enerlich uważam za bardziej niż udane. O czym mogłam pomyśleć, kiedy na okładce przeczytałam, iż główna bohaterka spędziła młodość w "sennym, mazurskim" miasteczku? Oczywiście o książkach Małgorzaty Kalicińskiej, jednak powieść "Czas w dom zaklęty" uważam za o wiele lepszą.
W pierwszej chwili myślałam, iż jest to książka typowo wakacyjna, lekka, którą czyta się szybko i z przyjemnością. I owszem: czytałam szybko i z przyjemnością, ale książki z pewnością "lekką" nazwać nie można. Autorka podejmuje bowiem w niej dość śliski temat: opowiada o losach Ruty, która swoje dzieciństwo i młodość spędza w szarym domu położonym na skraju lasu. Życie Ruty i jej matki zatruwa sąsiadka o anielskim imieniu: Serafina. Serafina jest kobietą chorą z nienawiści, nie tylko do dwóch kobiet, ale i całego świata. Rujnuje życie matce Ruty, a także jej samej. Kobieta traci przez nią najbliższe osoby: matkę właśnie, ukochanego mężczyznę, dziecko. Serafina zdaje się sączyć jad, który zatruwa serce i umysł Ruty chęcią zemsty. Jest tu jednak coś jeszcze: Ruta odnosi wrażenie, że nienawiść płynie nie tylko od Serafiny, ale też przesiąknięte nią są mury domu, w którym kobiety mieszkają. Okazuje się, że ma rację i wyjaśnienie, dlaczego tak się dzieje, jest jedną z zagadek tej książki.
Gdy bohaterka ma nadzieję, że udało jej się od Serafiny uwolnić, ta, na łożu śmierci, prosi ją o przebaczenie. Właśnie z uwagi na to ostatnie zdanie napisałam, iż temat, jaki Katarzyna Enerlich podejmuje, jest śliski. Łatwo w nim bowiem o niepotrzebny patos i przesadę - a tego w książkach nie lubię. W "Czasie w dom zaklęty" było kilka takich momentów, ale też zastanawiam się, czy książka, która przecież opowiada o tym, jak dochodzi się do słowa "przebaczam", może być od nich zupełnie wolna. Bardzo mi się natomiast podoba sposób, w jaki przedstawiona jest Ruta. Najpierw widzimy ją jako zbuntowaną nastolatkę, potem staje się studentką, która marzy o tym, by zostać malarką, w końcu pragnie spełnienia jako partnerka i matka, a gdy to jej się nie udaje, świadomie wybiera samotność...
Nie ukrywam, że te kilkanaście ostatnich stron podobało mi się najbardziej. Widzimy w nich Rutę spokojną, pogodzoną z tym co jest i na swój sposób szczęśliwą. Pasja, w tym przypadku malarstwo, okazuje się drogą do być może niepełnego, ale jednak spełnienia. Książka bez wątpienia skłania do refleksji, przede wszystkim na temat przebaczania, ale też dla mnie stanowi ilustrację maksymy, aby "zło dobrem zwyciężać". Postać Serafiny zaś daje autorce pretekst, aby poruszyć istotny obecnie temat fanatyzmu religijnego i katolickiej obłudy, która z prawdziwą wiarą ma niewiele wspólnego.
Co jeszcze mi się podobało? Liczne nawiązania do malarstwa, tytuły rozdziałów zaczerpnięte z Rilkego i ilustracje w tej książce: zarówno obrazami, jak i np. przedwojennymi pocztówkami.
I jak tak sobie teraz przeczytałam to, co do tej pory napisałam, to niestety zauważam, że sama lekko popadłam w niepotrzebny patos i nieświadomie mogę kogoś odstraszyć. Książka ta bowiem, chociaż bez szczęśliwego happy endu, jest książka w moim odczuciu optymistyczna i dająca nadzieję, że w życiu zawsze jest czas na to, aby wszystko zmienić na lepsze.
Przygodę z twórczością Katarzyny Enerlich zaczęłam od końca, ale bardzo chętnie sięgnę po jej wcześniejsze książki. Z nadzieją, że będzie mi się je czytało z takim zainteresowaniem, jak "Czas w dom zaklęty".
Skarletka
|