|
Gdyby chcieć szukać określenia dla "Kłów Norwegii", to można by napisać, że w przypadku tej książeczki (liczy sobie niecałe 90 stron) mamy do czynienia ze wspomnieniami z emigracji. Cha, ale jakie to wspomnienia! Dwadzieścia pięć krótkich opowieści, niczym dwadzieścia pięć obrazów rozwieszonych na ścianie galerii ...
(autorka jest malarką), tworzą interesującą kompozycję, złożoną z opisanych w książce osób, miejsc i sytuacji - niby niezwykłych, a jednocześnie tak zdawałoby się codziennych, mogących spotkać wielu z nas.
To opowieść o Norwegii - kraju zimnym i nieprzyjaznym dla obcych (nie tylko przez warunki klimatyczne), a stanowiącym azyl dla wielu emigrantów z Polski chcących dorobić się w życiu... ostoi spokoju (w sensie materialnym - domu) oraz fragmentu luksusu (w sensie materialnym - lepszego samochodu).
"Kły Norwegii" dzięki temu, że ich autorem jest malarka, jednak nie są tylko relacją z życia na emigracji wypełnionego ciężką pracą zarobkową. To raczej relacje ze spotkań z ciekawymi (z różnych powodów) osobami, których pamięta się na całe życie: nie potrafiącym odnaleźć się we współczesnym świecie panem Irkiem, kolegą Hestem, który na część pobytu autorki w Norwegii przybrał rolę "psiapsiółki'... przynajmniej do czasu, czy tzw. panią Biedronką, stanowiącą przykład "polskie ofiary Norwegii". To melanż, na który składają się zwyczajne-niezwyczajne sytuacje. Panorama naszej codzienności - daleka, a jednocześnie tak bliska.
Rozpoczynając czytanie "Kłów..." miałem trudne wyobrażenie co tam znajdę, myśląc że mam do czynienia z tzw. literaturą kobiecą. Nic bardziej mylnego. Jako stu procentowy mężczyzna mogę śmiało stwierdzić, że książka nie tylko mnie wciągnęła na te kilka chwil lektury, ale wprost zauroczyła.
Jeśli "Kły Norwegii" to debiut Janiny Laxnness (pseudonim artystyczny), to ja czym prędzej proszę o bis! |