|
Wydawnictwo -
Aktualnosci
|
Przedstawiamy Państwu recenzję Karczowisk Anny Peplińskiej, jaka ukazała się w serwisie dlalejdis. Zimny, cyniczny, dobre emocje trzymający na wodzy lub ich całkowicie pozbawiony. Jeśli personel państwowych placówek medycznych jest bezduszny aż w takim stopniu, jak widzimy w „Karczowiskach” Anny Peplińskiej, to żal bierze na myśl o ich podopiecznych. Hipokryzja płynąca obficie, kiedy na horyzoncie pojawia się potencjalnym sponsor, to kolejny element do odartej z uczuć układanki.
Do takiego obrazka kompletnie nie pasuje Gosia, pielęgniarka z duszą poetki. Za grosz w niej choćby cynizmu. Niesie swoim pacjentom serce na dłoni. W wielu przypadkach jest jedyną osobą, która to robi. Dla każdego ma chwilę, dobre słowo, tak niemile widziane w oczach innych pracowników, którzy wszystkie obowiązki wykonują z pędem błyskawicy, mechanicznie, bo czas goni. Zachowanie Gosi jest potępiane, o czym zresztą jest informowana.
Pacjenci ją lubią. Poznajemy świat widziany również z ich perspektywy. Smutny, samotny i pusty, w którym czas upływa na powtarzalnych, codziennych czynnościach: myciu, dokarmianiu, znów myciu. Ci bardziej sprawni starają się jakoś organizować sobie czas. Dopóki nie narobią problemów, bo się przypadkowo np. przewrócą, mają przyzwolenie. Potem są krzywe spojrzenia, uszczypliwe komentarze pozbawione braku zrozumienia, co tylko potęguje ich i tak silne odczucia, że są niekochani, niechciani, niepotrzebni.
„Karczowiska” to książka niezwykle smutna, obnażająca tragiczną sytuację przytułków dla ciężko chorych finansowanych przez państwo. Los tam przebywających jest równie tragiczny, co wynika już z samego faktu, że życie boleśnie ich skrzywdziło, nie pozwalając zaznać zwykłych ludzkich czynności. Do tego wszystkiego pozbawia się ich uśmiechu, bezdusznym traktowaniem. A tych, którzy mają w sobie zwykłą dobroć i chcą jej trochę dać, wyrzuca się na bruk, bo to niezgodne z panującymi regułami, wedle których trzeba chodzić jak w zegarku. Przykre.
Katarzyna Stec |